One night in Bangkok + 2 dni ShareList

Bangkok jest mekką imprezowiczów i biznesmenów, ale także niedocenianą perłą Tajlandii. Wiele osób traktuje to miasto jedynie jako punkt przesiadkowy na drodze do rajskich plaż. A to duży błąd, bo to miejsce, skupia wszystkie cechy Azji Południowo-Wschodniej jak soczewka. Megamiasto, przepełnione nowoczesnością, a zarazem tradycyjny konglomerat kulturowy. Tutaj znajdziesz wszystko- biedę i bogactwo, przepych i skromność, oraz cały przekrój gatunku homo sapiens. Tylko jak do cholery zobaczyć to wszystko, w ciągu 48 godzin?!

Odpowiedź poniżej. 🙂

Kuchnia uliczna w Chinatown

Kuchnia uliczna w Chinatown

Khao San Road

Główny punkt wycieczkowy każdego imprezowicza i backpackera. Jedni znajdują tu upojne noce sowicie zakropione Changiem i okraszone występami ping pong show, inni natomiast szukają tu w miarę taniego noclegu. W każdym razie ulica cieszy się złą sławą. Moim zdaniem jest to zupełnie nieuzasadniona ocena. Fakt, że odwiedziłam to miejsce w bardzo szczególnym momencie – kilka tygodni po śmierci Króla Tajlandii, kiedy kraj pogrążony w żałobie, czcił pamięć zmarłego władcy ciszą. Cisza ta zawitała także na Khao San Road, co ponoć jest nietypowym wydarzeniem. Może właśnie dlatego moje wspomnienia z tego miejsca nie są traumatyczne, a raczej nostalgiczne. Krótko po przylocie zatrzymaliśmy się w Hostelu Thanabhumi i po krótkim odpoczynku, w strugach deszczu rozpoczęliśmy podbój okolic Khao San. Po pierwsze należało znaleźć agencje turystyczną sprzedającą bilety na Koh Chang. Mimo ostrzeżeń zawartych w przewodnikach postanowiliśmy tam właśnie zarezerwować transport na wyspę. Nikt nie miał zamiaru jechać na koniec miasta do Dworca Ekkamai, żeby kupić bilety autobusowe na następny dzień. Podjęliśmy ryzyko i o dziwo w punkcie Lomprayah kupiliśmy bilety w bardzo dobrej cenie, a także z korzystnym połączeniem transportu autobusowego i promowego. Zatem udało nam się obalić pierwszy mit o naciągaczach z Khao San.

Khao San Road

Khao San Road

Na ulicy było ruchliwie, sprzedawcy oferowali pełen przerój asortymentu od t-shirtów, przez masaże, aż po apetyczne przekąski z tarantuli, czy skorpionów. Oczywiście odmówienie sobie kupna sukienki o wartości 20 zł było niemożliwe. Po zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów (tj. sukienka, bluzka, bransoletki z muszelek) dopadło mnie przemożne uczucie, że przeniosłam się w czasie. Uliczki były przepięknie oświetlone kolorowymi lampkami. Ich blask odbijał się w lustrze mokrych ulic, a w barach i restauracyjkach siedzieli biali mężczyźni z ślicznymi Tajkami u boku (nie wnikam w to jaka była ich rzeczywista płeć). Z głośników sączył się hit Jamesa Browna „I feel good” i poczułam się jak w centrum wydarzeń wojny w Wietnamie, kiedy to żołnierze odreagowywali bawiąc się na improwizowanych dyskotekach, w towarzystwie miejscowych kobiet.

Powiem szczerze, że wieczór na Khao San Road, to jedno z moich ulubionych wspomnień z Tajlandii. Wszystkie dźwięki, zapachy oraz tłumy turystów zmieszały mi się w jeden obraz niezwykłej nocy w Bangkoku.

Restauracja na Khao San Road

Restauracja na Khao San Road

Chinatown

Ale nie możemy przecież poprzestać na spędzeniu naszej jedynej nocy w Bangkoku na Khao San Road! Po szybkim masażu stóp i lodach kokosowych należy niezwłocznie wsiąść w tuk tuka i pokierować się na południe. W Chinatown w nocy oszałamia przede wszystkim rozgardiasz. Wzdłuż głównej ulicy na przestrzeni około kilometra, drobni restauratorzy wystawiają swoje obwoźne kuchnie i serwują najdziwniejsze potrawy świata. Płetwa rekina? Wędzony Świński łeb? A może grillowane langusty? Nie ma problemu! Uprzejmy lady boy, pełniący funkcję kelnerki, usadza gości na małych stołkach rozstawionych na jezdni i po pięciu minutach przynosi egzotyczną strawę. Oczekujący klienci tworzą już kilkusetmetrową kolejkę, więc oszołomiona blaskiem czerwonych chińskich neonów, smrodem wszechobecnych spalin i niesamowitym gorącem, zjadam szybko niezwykłe danie. Nie wiem co mi podali. W smaku jest morskie i dziwne, ale bardzo niecodzienne, więc czuję, że misja skosztowania chińskiego specjału zakończyła się sukcesem. Wstaję ze stołka i idę karmić oczy setkami innych tutejszych specjałów. Moje miejsce natychmiast zajmują kolejne osoby żądne kulinarnej przygody.

Chinatown, Bangkok

Chinatown, Bangkok

Żeby nie pozostać kompletnymi ignorantami oddającymi się jedynie rozkoszom podniebienia, w świetle dnia wracamy jeszcze do Chinatown. To tutaj na końcu ulicy Yaowarat Road można zobaczyć chińską świątynię przyszpitalną, a nieopodal stoi buddyjska świątynia Złotego Buddy. Za jedyne kilka dolarów można podziwiać największego Buddę ze złota na świecie. Waży jedynie 5 ton. Być może to zmęczenie sprawiło, że stopień oczarowania tym zabytkiem był umiarkowany.

Wat Traimit, Światynia Złotego Buddy

Wat Traimit, Świątynia Złotego Buddy

Dom Jima Thompsona

Jeśli chodzi o naprawdę klimatyczne miejsca z dużą dawką historii i kultury, to Dom Jima Thompsona wydaje się niezastąpiony. Niezwykłe miejsce na mapie Bangkoku. Prawie tak samo niezwykłe jak historia samego fundatora tego obiektu! Jim Thompson poznał wiele zakątków świata, w tym Bangkok podczas swojej pracy w CIA. Właściwie to trochę legenda o szpiegu. Po zakończeniu pracy operacyjnej, Thompson postanowił zostać przedsiębiorcą i zamieszkać w Bangkoku. Zafascynowany kulturą Tajlandii, jeździł do najodleglejszych regionów kraju i gromadził artefakty związane z lokalną kulturą i tradycją. Na bazie swoich ogromnych zbiorów zbudował tradycyjny tajski dom według własnego projektu (w centrum Bangkoku!). Dzisiaj ten obiekt robi piorunujące wrażenie. Wspaniałe zielone ogrody i drewniana tradycyjna willa stoi w otoczeniu drapaczy chmur (pupilem tego muzeum jest stary żółw, żyjący w oczku wodnym na terenie obiektu). Ponadto cały dom jest zaprojektowany z wielkim gustem, a jednocześnie stanowi pomnik hołdu dla kultury wschodu. To wcale nie w jednej z  licznych świątyń, ale właśnie tu, znajdziemy najstarszy w Bangkoku posąg Buddy. Jednak historia ta nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie jej intrygujący finał. Pewnego dnia biznesmen, który dorobił się bogactwa i prestiżu na wznowieniu sztuki tradycyjnego wytwarzania jedwabiu, pojechał do Malezji i zniknął. Dosłownie! Nigdy nie odnaleziono jego samego, jego ciała, a nawet jakichkolwiek śladów po nim. Trzeba przyznać, że to intrygujące zakończenie historii dla osoby, która wcześniej była agentem CIA. Być może przebranżowienie Thompsona na biznesmena i filantropa było tylko przykrywką. A może dopadło go przeznaczenie… W muzeum można podziwiać astrologiczną przepowiednię, w której tajska specjalistka określiła dokładny wiek śmierci Jima Thompsona – 61 lat. Tak się składa, że jego zaginięcie podczas malezyjskiej wyprawy nastąpiło w 1967 roku, dokładnie w wieku 61 lat.

Jim Thompson House Museum

Jim Thompson House Museum

Lumpini

Nie wiem jak to jest, ale istnieje taka rzecz, której za grosz nie rozumieją polscy inżynierowie, a za to bardzo rozumieją architekci w Bangkoku. To coś nazywa się ładem przestrzennym i jest niezwykle ważne dla jakości życia w aglomeracjach miejskich. Pośród dżungli wieżowców i arterii komunikacyjnych, w samym sercu miasta, leży niezwykły Park Lumpini. Wygląda zupełnie zwyczajnie, tyle że jego widok byłby naturalnym zjawiskiem na Manhatanie. W Azji nikt nie spodziewa się czegoś takiego. A jednak! Zielone płuca miasta. Miejsce spotkań towarzyskich i rekreacji. Rozkładasz koc, siadasz na trawie, patrzysz na panoramę z drapaczy chmur i czujesz się jak w Central Parku. A przecież to tylko poczciwy Bangkok. No dobrze, ale nadal nie ma w tym nic niezwykłego. Ot zwykły kawałek zacisza w wielkiej aglomeracji. A nie! Czekaj… Właśnie minął mnie dwumetrowy waran. A w oczku karpie i sumy są karmione marchewką i sałatą, tworząc niesłychany tumult, przypominający żer piranii.

Mieszkaniec Lumpini Park

Mieszkaniec Lumpini Park

Wracając do warana. Nie wiem co to za gatunek, ale na pewno jest to zwierzę waranowato-jaszczurowate (tak wiem, że waran to duża jaszczurka). Zapewne to bliski kuzyn Smoków z Komodo. Wiedząc, że ugryzienie albo zadrapanie kończy się śmiercią w męczarniach, czuję się nieco nieswojo. A sielanka zupełnie mija, kiedy odkrywam, że staw jest pełen pomniejszych waraników. Po chwili moje spostrzeżenia, znajdują potwierdzenie. Ze środka stawu, po którym pływają rowerki wodne, dochodzi mnie głośny wrzask i piski dzieci. Czyli to jednak to co myślałam. Wygląda jednak na to, że mała godzilla nie jest groźna, bo żadne służby nie starają się jej ująć, a same gady wykazują niskie zainteresowanie ludzkim mięsem. Niestety w Tajlandii nie sprzedaje się w sklepie piwa przed 17, więc nie mam czym ugasić pragnienia, ani skołatanych nerwów. Postanawiam poleżeć i, mimo tych niecodziennych okoliczności, pogrążyć się w miejskiej sielance.

Lumpini Park

Lumpini Park

Szlakiem wodnym

Bangkok to miasto, które przypomina nieco Wenecję. Tylko w większej skali. Obok rozwiniętej komunikacji naziemnej, w mieście istnieje dobrze rozwinięta komunikacja wodna. Moim zdaniem w Bangkoku można robić wiele ciekawych rzeczy o zachodzie słońca, ale rejs barką po rzece Menam, nie ma sobie równych. Można podziwiać nowoczesną część miasta z imponującymi hotelami i biurowcami, a potem, płynąc nieco dalej, zobaczyć nadbrzeżną zabudowę Starego Miasta. Punktem kulminacyjnym może być wizyta we wspanialej świątyni Wat Arun (obecnie w remoncie). Trasa rzeczna nie jest jednak jedyną atrakcją. W całym mieście odbywa się także ruch po kanałach, małymi barkami. Z tej perspektywy można podziwiać inne oblicze miasta- często nieco zapuszczone i biedne. Wzdłuż niektórych szlaków wodnych można zobaczyć slumsy. Również do wspomnianego wyżej domu Jima Thompsona można dostać się drogą wodną.

Rzeka Menem, Bangkok

Rzeka Menem, Bangkok

Innym elementem tego tajskiego życia na wodzie, są pływające targi. Najbardziej spektakularny z nich odbywa się daleko poza Bangkokiem i mając niewiele czasu polecam zrezygnować z tej atrakcji, bo oferowane przez miejscowe agencje turystyczne wycieczki na pływający targ są całodniowe, a do tego niewspółmiernie drogie. Nie byłam i nie chcę przesądzać, ale namiastkę targu wodnego można zobaczyć 10 km na północ od centrum Bangkoku. Ponoć jest to urocze miejsce, ale moje doświadczenie mówi mi, że każde urocze miejsce przestaje być urocze, kiedy każdy chce je zobaczyć. 😉

Rzeka Menem, Bangkok

Rzeka Menem, Bangkok

Obfitość świątyń

W Bangkoku jest za dużo świątyń. W 48 godzin i tak wszystkich nie zobaczysz. Powstrzymaj swoje podróżnicze ja i ogranicz liczbę zwiedzanych przybytków do tych, które najbardziej cię interesują. Jak już wspomniałam moja wizyta w Bangkoku przypadła na bardzo wyjątkowy okres, po śmierci króla. Okolice Pałacu, oraz świątyń Leżącego Buddy (Wat Pho) i Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Kaew) były trudno dostępne. Wszędzie siedzieli i leżeli żałobnicy. Nie znając obrządków i tradycji pogrzebowych nie chcieliśmy naruszyć jakiegoś tabu i narazić się na skazanie na 15 lat więzienia za obrazę króla, toteż zrezygnowaliśmy ze zwiedzania tych dwóch najbardziej znanych świątyń. Widzieliśmy za to Złotego Buddę, Wat Arun (niestety w remoncie) oraz bardzo kameralną świątynię w pobliżu Khao San Road- Wat Bowonniwet. Moje wnioski są takie, że świątynie są bardzo podobne pod względem zdobnictwa i architektury, jednak to co najważniejsze kryje się wewnątrz. To właśnie ze względu na posągi Buddy, turyści tłumnie odwiedzają dwie wspomniane wyżej, najbardziej znane świątynie Bangkoku. Żałuję, że nie byłam w obu tych miejscach, ale tak zadecydowały okoliczności. Przynajmniej mam motywację do szybkiego powrotu! 😉

Świątynia w kompleksie Arun Wat

Świątynia w kompleksie Arun Wat

Chatuchak- najwiekszy targ na świecie

Jeżeli macie tyle szczęścia co ja i wasza wizyta w Bangkoku przypadnie na weekend, to polecam wizytę na weekendowym targu Chatuchak. Posługując się stwierdzeniem największy targ na świecie, nie do końca można oddać ogrom tego miejsca. Wystarczy może powiedzieć, że to jedyny targ, na który wchodząc otrzymuje się mapę. 😉 Kilkanaście tysięcy stanowisk z ubraniami, pamiątkami, antykami, jedzeniem , a nawet zwierzątkami domowymi. To bardzo dobre miejsce, żeby wydać wszystkie pieniądze, a potem umrzeć z głodu. J Prawdą jest, że dostaniemy tu wszelkiego rodzaju podróbki znanych marek. Jedną taką rzecz nieznanego pochodzenia kupiłam i jest na tyle dobrze wykonana, że nikt nie rozpoznaje, że to falsyfikat! A może to po prostu super tani oryginał wyniesiony z pobliskiej fabryki znanej marki?! Wolę wierzyć w tę drugą wersję. Co tu dużo mówić. To miejsce to raj dla każdej kobiety!

Strefa "Wystrój wnętrz" na weekendowym targu Chatuchak

Strefa „Wystrój wnętrz” na weekendowym targu Chatuchak

Sukhumvit – kraina nowoczesności

Ogrom poczynionych w Bangkoku inwestycji infrastrukturalnych może być pewnym zaskoczeniem dla mieszkańca Starego Kontynentu. Rozmach tego miasta nie przypomina żadnej europejskiej aglomeracji. Raczej mamy tu do czynienia z gigantomanią rodem z USA. W każdym razie wrażenia są niesamowite. Człowiek czuje się w niektórych miejscach jak mała mrówka w betonowej dżungli. Plus te wszystkie super luksusowe hotele z basenami kilkaset metrów nad miastem. Bardzo miło to wszystko poczuć i zobaczyć, ale tylko przez chwilę. Dla mnie miasto to definicja i kwintesencja chaosu. Jeśli nie było się w Nowym Jorku, to tutaj przez moment można się wczuć w klimat. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do NYC, Bangkok to metropolia zadbana, czysta i w miarę bezpieczna.

Dystrykt Sukhumvit

Dystrykt Sukhumvit

Nowoczesna architektura to jednak nie mój żywioł. Byłam, widziałam, i z czystym sumieniem pakuje plecaczek, żeby udać się na rajskie plaże na wyspie porośniętej dżunglą. Ale do Bangkoku jeszcze wrócę!

Wat Kalayanamit

Wat Kalayanamit

No Comments

Leave a Comment

Your email address will not be published.