Jak przeżyć Poi Pet? ShareList

Ten post jest  po to, żeby uświadomić niektórym, że choć Kambodża to wspaniały kraj, który ma niesamowite walory turystyczne, to należy do niej podejść na chłodno.

Poi Pet

Z góry zastrzegam, że poniższe wnioski i przestrogi niweczą nieskalany obraz uśmiechniętego narodu Khmerskiego. Ponadto, trochę wbrew tytułowi, poruszam kwestie związane z całą Kambodżą. Jeżeli więc żyjesz w przekonaniu, że to kraj wspaniałych i bezinteresownych ludzi, bo wielokrotnie spotykałeś się z taką opinią to radzę nie czytać tego posta lub nieco zrewidować własny pogląd. Ja pojechałam do Kambodży właśnie z takim pozytywnym nastawieniem, wykreowanym po przeczytaniu milionów blogów itp., co okupiłam wielkim rozczarowaniem. Warto zatem przygotować się na najgorsze, żeby móc docenić to co najlepsze w Kambodży.

Jedno z żebrzących dzieci na przejściu granicznym – One of the begging children on the border

Taj vs. Khmer

Bardzo często spotyka się w Internetach takie porównania: „Kambodża to taka Tajlandia sprzed kilkunastu lat”, „Khmerowie są bezinteresowni i pomocni, a Tajowie widzą w białych chodzące bankomaty”, „W Kambodży nie ma tak wielu turystów jak w Tajlandii”. Jak zawsze w takich przypadkach, gdzieś jest ziarno prawdy, ale nie składa się to na pełen obraz sytuacji. Otóż, z moich obserwacji wynika, co następuje: Kambodża jest blisko 2 razy droższa niż Tajlandia. Jedynie baza noclegowa jest bardziej konkurencyjna, reszta począwszy od jedzenia i picia, a kończąc na atrakcjach turystycznych, są znacznie droższe. W Kambodży jest mniej turystów, ale są oni skupieni w trzech głównych punktach kraju, więc ich zagęszczenie na metr kwadratowy, znacznie przewyższa to co możemy zobaczyć w Tajlandii. W szczególności mam tutaj na myśli Angkor. Na samym początku sezonu, kiedy to ludzi powinno być rzekomo stosunkowo niewielu, w Angkorze były tłumy (nie chce myśleć, co może się tam dziać w szczycie sezonu)! Jeśli chodzi zaś o bezinteresowność, to w życiu nie widziałam tylu naciągaczy, naganiaczy i krętaczy co w Siem Reap. Po 5 dniach w Kambodży byliśmy tak zmęczeni wiecznym opędzaniem się od tuk-tuków, one-dollar-tshirtów i „I can make good price for you”,  że wręcz skakaliśmy z radości na myśl o 8-godzinnej podróży powrotnej do Bangkoku (podróż oczywiście trwała 17 godzin). Powyższe obserwacje można porównać z moją opinią na temat Tajów zawartą w poście – Koh Chang- wyspa z marzeń.

Autobus z przejścia granicznego do dworca autobusowego za miastem – Bus from the border crossing in Poi Pet to the bus station out of town

Mafia transportowa

Koszmar wyprawy do Kambodży zaczyna się już w Tajlandii. Kupujesz bilet w punkcie turystycznym na terenie Tajlandii i liczysz na to, że zgodnie z umową zawiozą Cię w umówione miejsce w Kambodży. I tu jest błąd! To bardzo europejskie myślenie! Z ceny 700 baht za bilet, ostatecznie po wielu perturbacjach zrobiło się ponad 1000, ponieważ na każdym kroku usługodawcy żądają od Ciebie kolejnych opłat, a przecież kiedy jesteś już w trasie godzisz się na każdą dopłatę byleby dotrzeć wreszcie do celu. Mafia transportowa na przejściu granicznym działa w następujący sposób: autobus, który wiezie cię z Tajlandii zatrzymuje się kilka kilometrów przed granicą i tam w jakimś obskurnym barze siedzi za lustrem weneckim „konsul”, który za opłatą 45 dolarów wyrabia wizę kambodżańską. Należy tutaj wspomnieć, że opłata wizowa wynosi 30 dolarów (wiza internetowa 37 dolarów). Kiedy deklarujesz chęć wyrobienia wizy na granicy, przewoźnicy odmawiają i twierdzą, że to niemożliwe. Ostatecznie, biorąc pod uwagę, że masz już za sobą kilka godzin podróży w upale i  ścisku, godzisz się na wygórowaną cenę. Masz w paszporcie upragnioną wizę, więc z tego obskurnego baru przewożą cię do granicy jakąś ciężarówką. Znowu nie wiadomo na co czekacie na granicy, którą trzeba przejść o własnych siłach. Zanim jednak pokonasz ten kilkusetmetrowy odcinek ziemi niczyjej, gdzie śmierdzi padliną, brud gryzie w oczy, a żebrzące dzieci wyrywają ci jedzenie z rąk, pewien uśmiechnięty Khmer, który jest twoim „przewodnikiem” w tym inferno, namawia cię na wymianę twoich drogocennych dolarów na bahty. Twierdzi przy tym, że w tym regionie świata nie pobiera się opłat transakcyjnych za wymianę walut lokalnych (Tajlandia, Kambodża, Laos), natomiast podatek od wymiany dolarów wynosi 20 %. Ponadto wmawia wszystkim, że w Kambodży można płacić tylko rielami. Nawet jeśli wiesz, że w Kambodży jedyną pewną walutą jest dolar, to pod presją otoczenia posłusznie wymieniasz swoje dolary na bahty. Potem zadowolony idziesz przez granicę, okazuje się, że Twoja zakupiona w podrzędnej spelunie wiza, jednak jest legalna, więc radośnie wkraczasz do Kambodży. A tam zamiast busa do Siem Reap, okazuje się, że trzeba czekać kilka godzin na autobus, który odjeżdża z granicy do dworca autobusowego. Czekasz więc w upale, smrodzie i brudzie, popijasz piwko Angkor i wtedy nagle pojawia się propozycja uśmiechniętego khmerskiego przewodnika, żeby za dopłatą 300 bahtów  pojechać jednak busem. Nie chcesz czekać i płacisz, chociaż to niezgodne z umową jaką zawarłeś z przewoźnikiem w Tajlandii. W cenie busa ma być także podwózka do hotelu. Potem okaże się, że to także nieprawda. Na wspomnianym dworcu Poi Pet, który leży kilka kilometrów za miastem, w szczerym polu, znajduje się kantor. Zawożą cię tam i każą wymienić nabyte w Tajlandii bahty na riele. Posłusznie robisz to, mimo, że nie znasz kursu waluty. Z resztą nawet gdybyś znał, to nie połapałbyś się w tych liczbach rzędu kilkudziesięciu milionów. Zadowolony wsiadasz do busa. Myślisz, że już nic złego cię nie spotka. W Siem Reap okazuje się, że podwózka do hotelu będzie, ale nie darmowa i nie busem, a jakimś tuk-tukiem. Po kilkunastu godzinach tego cyrku chcesz tylko dotrzeć do hotelu, więc znowu płacisz. Dotarłeś do hotelu, a tam okazuje się, że na granicy orżnięto cię na wymianie waluty. Straciłeś ¼ swoich pieniędzy. Tadam! Jesteś w Kambodży!

Przejście graniczne Poi-Pet - Border crossing Poi Pet

Przejście graniczne Poi-Pet – Border crossing Poi Pet

Paradoks biednego i bogatego turysty

Powyższa historia wydarzyła się również w drodze powrotnej (na marginesie dodam, że mafia przewozowa odseparowuje grupy przyjeżdżające do Kambodży i te wyjeżdżające, aby nie nastąpiła wymiana informacji o przekrętach walutowych 😉 ). Pytaliśmy jadących z nami Anglików (w liczbie 8), czy zauważyli ile pieniędzy stracili na wymianie walut w Poi Pet. Wszyscy posłusznie wymienili walutę, ale żaden nie zauważył, że na tej transakcji stracił ¼ przywiezionych pieniędzy. To dało mi do myślenia. Czy to nie dlatego wszyscy twierdzą, że Kambodża jest taka wspaniała? Czy może, jeżeli jesteś super bogatym Anglikiem i Niemcem, to po prostu nie widzisz, kiedy cię okradają? My wiedzieliśmy co się stało z naszymi pieniędzmi, więc potem wszędzie szukaliśmy haczyków i pułapek. I prawie wszędzie się na nie natykaliśmy. A Anglicy, wyjechali z Kambodży w niewiedzy i poczuciu idealnego szczęścia. Z ich opowieści wynikało również, że są bardzo oszczędnymi backpackerami, więc spali w hostelu z karaluchami za 7 dolarów za łóżko (czyli ponad 28 zł za os./doba), a w Angkorze byli tylko 1 dzień, bo bilet drogi. My za to za 310 zł (4 dni/2os. – czyli 38 zł os./doba) spaliśmy w nowym 4-gwiazdkowym hotelu w centrum miasta, a w Angkor byliśmy 3 dni. Za to Anglicy zapłacili po 27 dolarów za powrotnego busa do Bangkoku, a my po 10 dolarów. Dodam tylko, że jechaliśmy tym samym busem, ale oni z jakiś powodów jechali 3 godziny dłużej niż my (dali się wysadzić na granicy i czekali kilka godzin na kolejny środek transportu)! Wnioski są zatem takie, że bogaty turysta widzi gdzie jest drogo, kiedy widzi cenniki, ale z ukrytymi kosztami nie liczy się, bo po prostu ma konto, na którym zawsze znajdzie kasę na czarną godzinę. Biedny turysta nie może sobie pozwolić na nieprzewidziane wydatki, musi zatem mieć twardą skórę i oczy szeroko otwarte. Taka postawa powoduje jednak, że masz trochę inne nastawienie do osób, które często otwarcie próbują cię okraść. Poznaliśmy kilku naprawdę świetnych Khmerów (byli to kambodżańscy Muzułmanie), którzy byli szczerze mili i oferowali usługi po rozsądnych cenach. Mimo wszystko ogół wydarzeń pozostawił po sobie niesmak i Khmerów nie darzymy jakąś wielką sympatią. Anglicy natomiast wracali zadowoleni i mówili, że do Kambodży na pewno wrócą.

Jezioro Tonlé Sap

Jezioro Tonlé Sap – Tonle Sap Lake

Angkorek, Angkorek – dolarów worek

Żeby jakoś załagodzić tragizm sytuacji, naszą kiepską kondycję finansową obróciliśmy w żart. Ale śmiesznie wcale nie było. Potem próbowałam zrozumieć, jak to się stało, że pozyskując wcześniej informacje o Kambodży nigdzie nie znalazłam info o rzeczywistych kosztach. I tak mi się wydaje, że mało kto robi rachunek sumienia związany z wyjazdem do Kambodży. Wszyscy ślepo wierzą, że skoro jadą do jednego z najbiedniejszych krajów na świecie, to koszty tej wycieczki będą stosunkowo niskie. A to jest błędne myślenie. Warto tutaj także podeprzeć się przykładem Afryki, gdzie mimo powszechnie panującej biedy, wszystko jest bardzo drogie. Człowiek nawet godzi się na pewne dysproporcje cenowe, bo wie, że jest białym bogaczem, który przyjechał do biednego regionu i jego pieniądze wspomagają ludzi. To też błędne myślenie. Większość z pieniędzy jakie tracisz na kuriozalnie drogie usługi lub towary, tak naprawdę trafia do lokalnej mafii. Reszta ludzi dalej żyje na skraju nędzy. I to wywołuje mój opór. Fajnie czuć się dobroczyńcą, ale kiedy dzieci wyrywają Ci jedzenie z rąk na ulicy, a potem wracasz do hotelu i okazuje się, że po kilku dniach w Kambodży Twoje konto jest puste i jutro sam nie będziesz miał co jeść, to sytuacja robi się trochę nieciekawa. Ktoś powie, no tak, głupi turysta źle przygotował swój budżet. Faktycznie. Byłam optymistką po przeczytaniu wielu relacji podróżników, a także po wizycie w Tajlandii, która jest bardzo tanim krajem – wielokrotnie tańszym od Kambodży. I ten post jest właśnie po to, żeby uświadomić niektórym, że choć Kambodża to wspaniały kraj, który ma niesamowite walory turystyczne, to należy do niej podejść na chłodno.

No Comments

Leave a Comment

Your email address will not be published.