Rysy – Najwyższy szczyt w Polsce ShareList

Jak zdobyć najwyższy szczyt Polski?

Kilka porad dla kogoś, kto ma niezbyt wiele doświadczenia a chce zdobyć Rysy.

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że niniejszy opis wyprawy na Rysy jest przygotowany przez laika w zakresie wspinaczki wysokogórskiej. Dedykowany jest takim samym ignorantom, którzy mają jednak ambicję, aby rozpocząć przygodę z turystyką górską.

Na wyprawę w polskie Tatry wybraliśmy lipcowy weekend. Taki termin ma zarówno swoje zalety jak i wady. Do pierwszych zaliczyłabym w miarę ustabilizowaną sytuację meteorologiczną. Mam tu na myśli małe prawdopodobieństwo wystąpienia śniegu. Należy jednak pamiętać, że lipiec jest jednocześnie miesiącem o największej sumie opadów w roku. Natomiast tłumy turystów na szlakach górskich są zdecydowaną wadą tego wyboru. W każdym razie, jeśli planujesz wejście na Rysy, a nie jesteś doświadczonym górołazem, proponuję schowanie swojej natury samotnika w kieszeń i wybranie się w krótkim okresie względnie dobrych warunków pogodowych, kiedy to szlaki są oblegane przez turystów.

Skąd taka sugestia?

  • Turystów w Tatrach jest sporo zawsze.
  • W najwyższych partiach gór śnieg zalega do czerwca i pojawia się już w sierpniu.
  • Najczęstszą przyczyną wypadków w górach są złe warunki meteorologiczne, w tym mokre lub oblodzone skały.
  • Poza tym w razie wypadku, każda dodatkowa para turystycznych oczu, zwiększa prawdopodobieństwo: spostrzeżenia Twojego wypadku, wezwania pomocy, podjęcia akcji ratunkowej itp.
Droga do Morskiego Oka. Widok na Mięguszowieckie Szczyty.

Droga do Morskiego Oka. Widok na Mięguszowieckie Szczyty.

Jeżeli za moją namową postanowiłeś iść w góry w lipcu, to niech moje doświadczenie będzie dla Ciebie przestrogą. Nagłe załamania pogody powyżej 2 tysięcy metrów mogą zdarzyć się również w szczycie sezonu letniego. Warunki pogodowe w górach mogą się diametralnie zmieniać w szybkim tempie. Pomimo tego dramatycznego wstępu, zachęcam do wybrania się na Rysy każdego, kto nie ma lęku wysokości oraz problemów ze wstaniem z kanapy i przejściem 10 km!

Jak to zrobiliśmy?

Wyjazd był spontaniczny. Noclegów zaczęłam szukać z 2-dniowym wyprzedzeniem i pomimo wzmożonego ruchu turystycznego w tym okresie, Zakopane oferowało szeroką bazę noclegową. Zdecydowałam się na tani (w szczycie sezonu 35 zł/os.) i prawdziwie góralski pokój w zakopiańskiej chacie w Olczy (dzielnica Zakopanego). Nie mogliśmy trafić lepiej! Pokoje Gościnne u Wójciaków to strzał w 10-tkę! Najmilsi gospodarze jakich kiedykolwiek spotkałam. Więcej informacji na stronie Państwa Wójciaków.

Na miejsce przybyliśmy o 24 w piątek. Wymarsz zaplanowaliśmy na 6 rano w sobotę. Prognozy pogody były średnie, ale wskazywały na poprawę warunków pogodowych po południu, czyli dokładnie wtedy, kiedy mieliśmy się znaleźć na szczycie. Oczywiście plany nie stanowiły dla nas żadnego imperatywu i ostatecznie wyjechaliśmy o 6.50 autobusem z Olczy w kierunku Dworca PKP w Zakopanem. Złapaliśmy busa do Palenicy Białczańskiej, skąd rozpoczyna się trasa pod Morskie Oko. Pogoda była umiarkowana, ciepło, pochmurnie, ale bez deszczu. Prognozy wciąż były pozytywne. Właśnie dochodziła godzina 9. W tej sytuacji nie zastanawialiśmy się długo i szybko przeszliśmy 9-kilometrową trasę do Schroniska pod Morskim Okiem. Czekały tam na nas przepiękne widoki i wciąż jeszcze niewielu turystów. Do tej pory trasa była dziecinnie prosta.

Morskie Oko. Widok na Mięguszowieckie Szczyty i Mnicha.

Morskie Oko. Widok na Mięguszowieckie Szczyty i Mnicha.

Łatwy początek…

Nie zwlekając długo postanowiliśmy zdobyć Czarny Staw, który położony jest na wysokości 1680 m n.p.m. Trasa na odcinku Morskie Oko – Czarny Staw pod Rysami jest również dziecinnie prosta, więc każdy może tam dotrzeć, a naprawdę warto. W życiu nie widziałam tak turkusowej wody! W tym miejscu rozpoczyna się trasa na najwyższy szczyt Polski. Przejście czerwonym szlakiem z Czarnego Stawu na Rysy (2499 m n.p.m.) według oznakowania, powinno zająć 3 godziny i 20 minut. Nam zajęło znacznie więcej. Większość trasy jest technicznie prosta i oprócz dobrej kondycji, nie wymaga nadzwyczajnych umiejętności. Ułożone ze skał stopnie ułatwiają wchodzenie, ale jednocześnie są destrukcyjne dla stawów kolanowych przy schodzeniu. Jeżeli więc masz problemy ze stawami, to odradzam Ci wspinaczkę tym szlakiem. Twoje zdrowie jest ważniejsze od ambicji, a ponadto jest wiele gór, które można zdobyć bez narażania na szwank swojego organizmu. Trasa jest malownicza, trochę męcząca i do pewnego etapu zupełnie bezpieczna.

Czarny Staw i Morskie Oko. Widok z Kotła pod Rysami.

Czarny Staw i Morskie Oko. Widok z Kotła pod Rysami.

Problemy zaczynają się na wysokości ok. 2200 metrów. Co nazywam problemem? Wspinanie się granią, po litej skale, przy pomocy ułatwień w postaci łańcuchów. Byłam, widziałam i mogę powiedzieć, że łańcuch to fajna sprawa, ale osoby, które projektowały trasę nie rozwieszały ich wszędzie tam gdzie jest naprawdę niebezpiecznie. Odnoszę wrażenie, że dowolność montowania tych ułatwień, wskazuje na góralską nonszalancję. „Tutaj zrobię łańcuch, bo dobrze by było się zaprzeć przy schodzeniu po tych granitowych schodkach Hej!. Ooo! A tutaj jest wyślizgana skała i przepaść 400 metrów w dół, to nie zrobię łańcucha. Hej!” Tak to mniej więcej wygląda. Moim zdaniem trasa jest w miarę bezpieczna i nieźle zabezpieczona, ale tylko do momentu, kiedy na szlaku panują idealne warunki.

Koniec żartów!

My nie mieliśmy tyle szczęścia. Poza tym cierpimy oboje na wcześniej niezdiagnozowany symbiotyczny, adrenalinowy paraliż mózgu. Doszliśmy do strategicznego punktu szlaku i, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeciętnie dobre warunki pogodowe, zmieniły się w katastrofę deszczowo-huraganową. Stanęliśmy przed wyborem odwrotu albo podążania ku szczytowi za wszelką cenę. Przed tym samym dylematem stanęło jeszcze ponad 20 osób, które znalazły się z nami w tym samym miejscu i czasie (co jest konsekwencją tego co pisałam wyżej o lipcowym terminie wspinaczki).

Załamanie pogody na wysokości około 300 metrów przed szczytem.

Załamanie pogody na wysokości około 300 metrów przed szczytem.

Jako jedyni triumfatorzy odwagi nad rozumem ruszyliśmy w górę. Reszta (ta, której mała ilość tlenu w powietrzu nie zakłóciła funkcji poznawczych mózgu) oczywiście zrezygnowała z dalszej wspinaczki. Umiarkowane opady deszczu w połączeniu z litymi skałami, które nie absorbują wody, utworzyły potoki na szlaku. Ale nawet mokre buty, ubranie i ekwipunek nas nie odstraszyły. Mimo wzmagającego się wiatru i pogody, która nie dawała żadnych oznak rychłej poprawy, wchodziliśmy w górę.

I muszę przyznać, że wchodzenie po wilgotnych skałach i przytrzymywanie się mokrych, zimnych łańcuchów nie było wcale takie trudne. Mijały nas osoby schodzące z góry, które zostały zaskoczone nagłą zmianą warunków na szczycie. Mieliśmy bliżej niż dalej i mimo chmur, które zasłaniały dosłownie wszystko wiedzieliśmy, że szczyt jest na wyciągnięcie ręki. Aż tu nagle dochodzimy do bardzo wąskiej, eksponowanej przełączki. Na szczęście chmury ograniczają nam widoczność i nie widzimy, że po obu jej stronach są 500-metrowe przepaści, ale zdajemy sobie z tego sprawę, bo w tym miejscu zaczyna nas spychać potworny wiatr.

Zdrowy rozsądek!

To jest punkt kulminacyjny. Znajdujemy się na wysokości 2472 m n.p.m., a ja stanowczo odmawiam dalszej wspinaczki. Zero przekonywania, dyskutowania, kompromisów. Nie i koniec! Minęła nas jeszcze żona, która zostawiła męża z lękiem wysokości poniżej i postanowiła zdobyć szczyt w pojedynkę. Po krótkich pertraktacjach mój kompan przygody kategorycznie odmówił zostawienia mnie na szlaku i zdobycia szczytu w towarzystwie Pani Żony (ja to mam szczęście!). W tamtym momencie gratulowałam sobie trzeźwości umysłu i tego, że potrafiłam zrezygnować z celu, który był tak blisko. Czułam się jak racjonalny himalaista, który zawraca 50 metrów przed szczytem Everestu.

Jednak ten samozachwyt nie trwał zbyt długo. W tych warunkach pogodowych schodzenie ze (prawie) szczytu, było znacznie trudniejsze niż wchodzenie. Po kilku poślizgnięciach i zawiśnięciach na łańcuchach nad przepaścią, sparaliżowane strachem nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. A musze zaznaczyć, że nie cierpię na żadna formę fobii przestrzennych czy wysokościowych. W tych dramatycznych warunkach schodzenie trwało w nieskończoność.

Widok z przełęczy pod Rysami. Bardzo silny wiatr.

Widok z przełęczy pod Rysami. Bardzo silny wiatr.

Mówi się, że pogoda w górach potrafi się gwałtownie zmieniać. Tamtego dnia nic takiego się nie wydarzyło i do końca dnia klimat sprzyjał raczej wypiciu kilku piw w barze, niż wspinaczce. Zmęczeni całodniowym marszem, do busa na parkingu w Palenicy Białczańskiej dotarliśmy o 21. Wyprawa trwała zatem 12 godzin. Bardzo trudnych 12 godzin. A mimo wszystko oboje po powrocie do pensjonatu Państwa Wójciaków mieliśmy jeszcze siłę na wypicie piwa i planowanie następnego wyjazdu w Tatry. Te góry są jak magnez! Natomiast adrenalina działa jak narkotyk. Tatry to wybuchowe połączenie tych dwóch czynników.

Co zrobiłabym inaczej?

  • Z jednej strony należało bardziej zaufać prognozom pogody, a z drugiej strony nie być wobec nich zupełnie bezkrytycznym. Wszakże wszelkie pogodynki wskazywały na to, że deszcz owszem może się zdarzyć, ale po 13 powinno świecić słońce!
  • Następnym razem na pewno wezmę osłonę przeciwdeszczową na plecak. Po całodniowych opadach cały ekwipunek był mokry.
  • Pokonanie 18-kilometrowego odcinka do Morskiego Oka i z powrotem, to jednak wycieńczające przedsięwzięcie, szczególnie w połączeniu ze wspinaczką na Rysy. Najlepszym rozwiązaniem jest dojście do Schroniska Morskie Oko dzień wcześniej i rozpoczęcie stamtąd ataku na szczyt.

Noclegi w schronisku trzeba rezerwować ze znacznym (nawet rocznym) wyprzedzeniem, ale jeśli weźmie się swoją karimatę i śpiworek, to spokojnie można zająć kawałek podłogi i przenocować jak prawdziwy piechur. A jeśli jesteś Rambo, to możesz nawet i bez śpiworka 😉

Jak się przygotować?

Mam tylko dwie strategiczne rady. Zainwestujcie w dobre obuwie i kupcie spory zapas batoników. Czemu batoniki? Można nimi na trasie szybko uzupełnić braki energetyczne. Naprawdę polecam! Batonik na szlaku cieszy się znacznie większym powodzeniem niż bułka z serem 😉

Acha, jeszcze jedno! Warto mieć ze sobą rękawiczki rowerowe lub do podnoszenia ciężarów. Wspinając się po łańcuchach można nabawić się obrzydliwych okaleczeń na dłoniach!

No Comments

Leave a Comment

Your email address will not be published.