Wspomnienia z 2016 roku ShareList

Być może nie wyjeżdżałam tyle ile bym chciała (praca na etacie nieco to utrudnia ; ) ) , a moje podróże trwały krócej niż wymagałoby tego rzetelne podróżowanie, ale dzięki swojemu wrodzonemu zapałowi do odkrywania, zdążyłam przesiąknąć atmosferą poszczególnych miejsc. Tak było na przykład w przypadku trekkingu po zamkniętym szlaku w Ligurii albo podczas wspinania się na najwyższy szczyt Fuerteventury. Albo wtedy, gdy gdzieś w odmętach Zatoki Tajlandzkiej, zatonął mój drogocenny dron i odchodziłam od zmysłów, bo wiedziałam, że szybko nie kupię następnego. W każdym z tych momentów otoczenie, nastrój oraz napotkani ludzie sprawiali, że zaczęłam inaczej postrzegać otaczający nas świat. Za każdym razem ponownie coś mnie zaskakiwało albo wzruszało, tak bardzo, że jednocześnie chciałam skakać ze szczęścia i płakać nad ulotnością tych wspaniałych chwil.

W minionym roku odwiedziłam 5 państw. Z każdym z nich wiąże się jakieś niepowtarzalne wspomnienie. W tym poście chcę zamknąć rozdział pod tytułem 2016 i przygotować się do zapisywania nowych kart mojej podróżniczej historii. Powoli przygotowując się do następnych wyjazdów, zostawiam Wam sporo pięknych zdjęć z różnych regionów świata i kilka anegdotek z podróży. Więcej o poszczególnych miejscach możecie dowiedzieć się z postów poświęconych konkretnym wyjazdom.

Fuerteventura

Przed wyjazdem słyszałam, że to strasznie nudne miejsce. Księżycowy krajobraz, zero zabytków, trochę białych plaż, jakieś wygasłe wulkany. Potraktowałam zatem ten wyjazd trochę jako wypad wypoczynkowy. Zasłużony urlop. Wystarczyło jednak wynająć samochód i wyruszyć parę kilometrów za kurort, żeby zobaczyć oszałamiające widoki. Surowe, majestatyczne piękno. Fuerta to nie jest miejsce na typowy wyjazd turystyczno-libacyjny. Kurorty raczej nie słyną z masowych imprez, klubów ze striptizem i innych tego rodzaju uciech. Być może dlatego opinia, z którą zetknęłam się jeszcze przed wyjazdem była tak niepochlebna. A wystarczyło tylko trochę chęci i można było zobaczyć niesamowite jaskinie wulkaniczne i czarne plaże w Ajuy. Krystaliczną wodę i idealnie biały piasek na jednej z dzikich plaż – Bajo del Marrajo. Albo czerwone skaliste góry w Parque Rural. Nic jednak nie pobije widoków na Pówyspie Jandia, gdzie kraterowe zbocze wulkanu zapadło się kilkaset metrów w dół do oceanu, tworząc najbardziej spektakularny widok jaki można sobie wyobrazić – 800-metrowe, pionowe klify, górujące majestatycznie nad Oceanem Atlantyckim. Te obrazy na długo pozostaną w mojej pamięci. I pomyśleć, że na zwiedzenie całej wyspy wystarczyły tylko trzy dni. Ignoranci niech żałują! 😉

Tu znajdziesz więcej informacji o Fuerteventurze: Przewodnik- Fuerteventura w 3 dni i opis wejścia na Pico de la Zarza.

Niemcy

Tak, tak. Wiem, że to mało turystyczny kierunek. Przynajmniej taka utarła się opinia. Przyznam, że do Frankfurtu udałam się w celach biznesowych, ale spędziłam tam dwa tygodnie, które poświeciłam nie tylko na picie piwa, ale także na zwiedzanie. 😉 Zdecydowanie największym zaskoczeniem w tym kraju nie okazał się wcale Frankfurt, posiadający rzekomo najwięcej drapaczy chmur w UE. Finansowa stolica Europy zdecydowanie ustępuje miejsca europejskiej stolicy romantyzmu – Heidelbergowi. Naprawdę pierwszy raz jako dorosły już człowiek, poczułam się jak w bajce. Pamiętacie Zasiedmiogórogród (Far Far Away) ze Shreka? To właśnie tak wygląda Heidelberg. To jedno z kilku niemieckich miast, które nie zostały zbombardowane przez Aliantow w czasie II Wojny Światowej. Dzięki temu Heidelberg zachował swój romantyczny nastrój i historyczną atmosferę. Nad starówką górują wspaniale ruiny Heidelberger Schloss. Dodatkowo (coś dla koneserów mocniejszych trunków) w zamku znajduje się największa na świecie beczka do wina i można skosztować wybornego Rieslinga! A całości dopełnia niesamowity całoroczny sklep bożonarodzeniowy – ponoć największy na świecie.

Poniżej post o najciekawszych miejscach na grudniowy wypad, a w zestawieniu znalazł się oczywiście magiczny Heidelberg.

Liguria- Cinque Terre

Od dawna marzyłam o tym miejscu. Zdjęcia kolorowych kamienic wznoszących się nad falami Morza Śródziemnego przyprawiają o zawrót głowy. Widzisz je na okładce magazynu podróżniczego i już planujesz wyjazd. A na miejscu życie nieco weryfikuje nasze wyobrażenia. 😀 To naprawdę urokliwe miejsce. Pełno tu kawiarenek i restauracji, wspaniałych widoków, małych plażyczek, ale brakuje intymności, która byłaby wskazana w tak romantycznej lokalizacji. Ruch turystyczny jest wprost porażający. Ale i to da się obejść! Mam trzy ulubione wspomnienia z Ligurii. Pierwsze to smak wspaniałej mrożonej kawy, wypitej w Restaurante La Bocche w Portovenere. Nie może być nic lepszego niż łyk zimnej kawy w restauracji na skale, z widokiem na morze i szumem fal w tle! Potem przypominam sobie, to uczucie, kiedy uwalniasz się z tłumu i jesteś uczestnikiem wydarzeń z innej perspektywy. Tak było na kajaku, kiedy udało mi się przepchnąć przez turystyczną zawiesinę, wsiąść na kajak i podziwiać Vernazzę z morza. Tak na marginesie, możliwe, że moje pozytywne wrażenie potęgowały zazdrosne spojrzenia ludzi stojących w ścisku na brzegu. 😉 Nic jednak nie zastąpi wspomnienia z wędrówki szlakiem umocnień przeciwlotniczych w Montemarcello. Cały dzień jak W malinowym chruśniaku, a na koniec ognisty zachód słońca, majaczące w tle Alpy i lamka Aperola w dłoni!

Interaktywny przewodnik po Cinque Terre oraz opis wrażeń i doświadczeń z wycieczki Liguria Trip.

Tajlandia

Wiele osób tu było, wiele osób jeszcze pojedzie. To miejsce od zawsze jest i na zawsze pozostanie podróżniczym rajem. Dla mnie to jednak kraj, w którym spotkałam się z niesamowitymi ludźmi, pełnymi życzliwości i sympatii. W pamięci nie zapadły mi wcale zimne piwo Chang, ani lody kokosowe, czy szalone imprezy. Nawet nie wspaniałe widoki i egzotyczna przyroda. Ani ciepła woda otaczająca moje ciało o zachodzie słońca. Pierwsze o czym myślę pisząc o Tajlandii, to Tajowie. Taj, który pozwala nie płacić za benzynę do skutera i przyjechać innym razem. Taj, który codziennie gotował dla nas przepyszne dania i za każdym razem pozdrawiał nas tak ciepło, że człowiekowi robiło się bardziej gorąco od tej życzliwości niż od ostrych przypraw w curry. 😉 W końcu, z największym sentymentem myślę o Tajach, którzy z brzegu obserwowali moją kilkugodzinną walkę o wyłowienie drona z rafy i po tym, kiedy poddałam się i wróciłam do hotelu, postanowili sami go odszukać i wyłowić, nie spodziewając się zapłaty i mając na uwadze, że dron może być już kompletnym złomem. Ta historia, tak jak i wszystkie tajskie przygody zakończyła się happy endem. Dron po delikatnym liftingu lata i robi dobre filmiki. 🙂

Poniżej moje wrażenia z pobytu na niezwykłej tajskiej wyspie.

Kambodża

Na koniec trochę goryczki, żeby nie było zbyt słodko-pierdząco. 😀 Kambodża jest piękna. Nadal nie mogę wyjść z zachwytu nad ogromem i mistyką kompleksu Angkor. Niestety najsilniej w mojej pamięci zaznaczyły się epizody związane z naciągaczami, krętaczami i oszustami. Wiele rzeczy można tłumaczyć biedą i trudną historią, ale wydaje mi się, że to są sformułowania wytrychy. Banalne frazesy. W Kambodży im jesteś bogatszy, z tym lepszymi wspomnieniami wyjedziesz. Ba! Im mniej uważny jesteś, z tym lepszymi wspomnieniami wyjedziesz. To kraj w którym do wszystkiego trzeba podejść na luźno. Zbytnie spięcie i tropienie podstępów kończy się rozczarowaniem. Z drugiej strony to państwo, które jest jak kalejdoskop, składa się z wielu kolorów, blasków i cieni, a w zależności od tego w jaki sposób na to spojrzysz, to widzisz zupełnie co innego. I to jest właśnie fascynujące. Chyba właśnie dla tych kontrastów warto wybrać się do Kambodży. A moje najlepsze wspomnienie? Może niektórych zaskoczę, ale w pamięci nie zapadły mi wcale zachody czy wschody słońca nad Angkor Wat, ale upalne popołudnie w świątyni Preah Khan. Słońce osiągnęło ten kąt, kiedy cienie drzew zaczynają malować abstrakcyjne obrazy na ziemi i budynkach, a wszystko spowite jest delikatną mgiełką unoszącą się w ciężkim popołudniowym powietrzu. A ja przechadzam się prawie sama w starożytnej świątyni, w swoim orientalnym stroju i mam wrażenie, że jestem jedną z mitycznych tancerek – Apsar wykłótych na ścianach Angkoru. Tak, to zdecydowanie najlepsze wspomnienie z tej wyprawy. 🙂

Polecam trzy posty o blaskach, cieniach i szarościach Kambodży.

No Comments

Leave a Comment

Your email address will not be published.